bo ja nie jestem poważna. nawet moje imię nie jest.

ananas
Jestem Williamem Thackerem.

Ugrzęzłam w pracy, którą lubię… no dobra, lubiłam. Jakieś trzy lata temu. Zwolnię się, przysięgam, zwolnię się. I tym razem już mówię poważnie. Cholerna klimatyzacja, przez którą moja twarz jest jak papier ścierny i cholerne cenówki, od których paznokcie mam jak wiórki. Kokosowe.
Zaczynasz na studiach pracę w sieciówce, bo masz dosyć chodzenia w ciuchach, które Twoja matka po taniości sprowadza Ci z giełdy albo które dostajesz od kuzynek w ramach ich „prawie siostrzanej miłości”. Ale przecież „darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda” i „pokorne ciele dwie matki ssie”, więc uśmiechasz się i dziękujesz. Kilka razy. Bardzo. Budzisz się po czterech latach, wciąż w tej samej pracy, wciąż segregując w koszach majtki według kolekcji, z tą samą żałosną wypłatą, gdy byłaś na śmieciowej umowie zleceniu (z tym, że teraz w papierach masz „starszy sprzedawca”), tylko z coraz większą i coraz droższą stertą nowych majtek i staników odkładanych wciąż do siódmego dnia następnego miesiąca. Większość tych drugich na Twoje cycki jest i tak za mała w miseczce, za szeroka w obwodzie, ale lepiej mieć komplet bielizny, niż nie.
Zmieniasz coś, rzucasz się na głęboką wodę, zrywasz z Williamem i znów trafiasz na niego. W innej pracy, w zupełnie innym otoczeniu. Zamiast majtek masz mnóstwo babeczek w podeszłym wieku, które denerwują się, że bezpłatna mammografia należy im się tylko do 69r.ż., a później im tylko umierać zostało; dzieci, których matki skaczą nad Tobą, bo Alan/Franek/Staś jest zapisany do pediatry-pulmonologa, ale PRYWATNIE i czy ona musi stać w tej kolejce. Zamiast połamanych paznokci masz zszargane nerwy, ale co Ty właściwie w życiu chcesz robić? Na razie siedzisz, grzejesz swoje miejsce…
A może jestem Samanthą Jones?
Wiecznie niezaspokojona, choć może nie tak świadoma własnej seksualności. Nie, na pewno nie. Myślałam, że jestem. Albo miałam nadzieję. Ale oprócz chęci brakuje mi do niej zdecydowanie paru zer na koncie. A raczej jakiejkolwiek kwoty na nim, a jestem pewna, że ona (kwota) pomogłaby mi zdobyć brakującą świadomość. Jest chyba różnica w wyglądzie, czy może w samym poczuciu kobiecości, gdy masz założone szpilki od Louboutina, a gdy masz na sobie trampki z allegro za 14,99zł plus koszty przesyłki. Warto zauważyć-droższej niż koszt trampek.
Właściwie z wszystkich bohaterów fikcyjnych już chyba bliżej mi do innej panny Jones – Bridget. Tuszą, zamiłowaniem do alkoholu, papierosów, kalorii i niesamowitą zdolnością do pakowania się w sytuacje, w których, chcąc-nie chcąc, zawsze zrobię z siebie głupka.
A może zwykłą Judytą?
Z trochę zwariowanym życiem. Co prawda bez nastoletniej córki, drepczącej w brudnych buciorach po domu, ciepłej posadki w redakcji, rozwodu na karku, ale z chyba jednak takim trochę szalonym życiem. I pustą lodówką. I zacięciami po goleniu.
Jestem Oliwka.
Moje życie jest tak samo niepoważne jak moje imię. Jak można traktować poważnie 25-latkę, która ma na imię Oliwia?! Dzięki mamo, dzięki tato. Nie mogliście posłuchać babć, nie? Kasia, Ania, Ola.. Mogło być zupełnie zwyczajnie. Nic Wam nie dało do myślenia, że ksiądz proboszcz, jak usłyszał jak mnie chcecie nazwać wyszedł środkiem kościoła i mruczał pod nosem, że tak się dziecku na imię nie daje? Więc jestem. Oliwia. I nie mam lat ani dwóch, ani pięciu, ani ośmiu. Dwadzieścia pięć.
I usilnie staram się być poważna.
Wychodzi, jak wychodzi.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s